Całoroczna opieka nad Cmentarzem Wojennym w Dytiatynie

Całoroczna opieka nad Cmentarzem Wojennym w Dytiatynie i miejscami pamięci na cmentarzu w Bołszowcach

Celem projektu jest całoroczna opieka nad ważnym Miejscem Pamięci jakim jest Cmentarz Wojenny w Dytiatynie (Ukraina, obwód iwano-frankiwski). Realizacja projektu przyczynia się do zapewnienia godnego miejsca spoczynku poległym w bitwie pod Dytiatynem żołnierzom polskim oraz zapewnia całoroczną opiekę nad tamtejszym Cmentarzem Wojennym.

Cmentarz w Dytiatynie jest zlokalizowany na dość trudnym obszarze, gdzie nie można wjechać żadnym sprzętem mechanicznym, możliwa jest jedynie praca ręczna. Na miejscu nie ma prądu ani wody, co wymaga każdorazowego dowożenia jej z odległości minimum 16 km.

Konieczne jest całoroczne prowadzenie prac porządkowych takich jak: odchwaszczenie terenu zielonego wewnątrz i na zewnątrz cmentarza łącznie z drogą dojazdową, przygotowanie ziemi pod zasiewy, zasiew traw, stały nadzór nad obiektem i utrzymaniem na nim porządku w zakresie opieki nad trawnikami i roślinnością (co 2 tygodnie), systematyczna pielęgnacja trawnika wewnątrz i na zewnątrz, usuwanie roślin wyrastających na części brukowanej, wywożenie śmieci, odchwaszczanie drogi, a także wykonanie czyszczenia tablic granitowych.

W ramach realizacji projektu zostaną wykonane niezbędne prace naprawcze i zabezpieczające na cmentarzu: przy murkach oraz przy stopniach brukowanych.

W ramach całorocznej opieki, dla upamiętnienia polskich bohaterów na Cmentarzu Wojennym w Dytiatynie oraz na pobliskim cmentarzu w Bołszowcach, w dniu Wszystkich Świętych zostaną złożone kwiaty i zapalone znicze ( w tym na mogiłach powstańców listopadowych na pobliskim cmentarzu parafialnym w Bołszowcach, m.in. na grobie Ezechiela Berzewiczego, stanowiącym ważne Miejsce Pamięci).

projekt realizowany w ramach Programu Miejsca Pamięci Narodowej za Granicą

“Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 roku o grach hazardowych”

 

Dojazd do Polskiego Cmentarza Wojennego w Dytiatynie

Podróż z przejścia granicznego w Korczowej trwa już prawie dwie i pół godziny. Wiedzie przez dziesiątki wiosek i miasteczek z widocznymi śladami polskiej historii: a to pomnik św. Jana Pawła II przy drodze, a to łaciński napis na kościele, a to znów brzozowy krzyż z biało-czerwoną wstążką na miejscowym cmentarzu. Przez obrzeża Lwowa i kolejne małe miejscowości droga wiedzie w końcu do obwodu iwano-frankiwskiego, czyli dawnego województwa stanisławowskiego. Prowadzi, póki co, po bardzo dobrej jak na ukraińskie warunki drodze, a to tylko dlatego, że jest to trasa pomiędzy miastami obwodowymi, jedna z najważniejszych w tej części kraju. Jednak już niedługo zacznie się prawdziwa przeprawa.

Miasto Bursztyn i położona nieopodal niego potężna elektrownia węglowa przypominają o zbliżaniu się do celu podróży. Dają też do zrozumienia, że trzeba się przygotować na naprawdę trudną jazdę. Po skręcie w lewo obok przejazdu kolejowego, pięć kilometrów za elektrownią, zaczyna się już typowo ukraińska nawierzchnia. Trzeba odtąd jechać slalomem, aby wymijać dziury. Za kawałkiem otwartego pola zaczynają się już Bołszowce – siedziba władz gminy i miejsce o wielkiej historii. Stąd do Dytiatyna jest już „tylko” 17 kilometrów…
Nad niewielką miejscowością góruje Sanktuarium Matki Bożej Bołszowieckiej z XVII wieku. Kiedyś było centrum pielgrzymkowym całej Małopolski Wschodniej. Dziś to prowincjonalna, parafialna świątynia odwiedzana na co dzień przez kilkudziesięciu wiernych – lecz jak pokazuje rzeczywistość innych kościołów w okolicy, to już bardzo dużo. Nawet najlepsi historycy gubią się w liczeniu, ile razy w swej historii bołszowieckie sanktuarium było niszczone, przez Tatarów, Kozaków, Szwedów, Niemców i Rosjan. Ostatni raz stało się to po wypędzeniu Polaków w 1945 roku, po czym przez ponad pięćdziesiąt lat Dom Boży służył za magazyn. Dopiero w 2001 roku przybyli tu franciszkanie i rozpoczęła się odbudowa jednego z najwspanialszych zabytków architektury barokowej na Kresach wschodnich. Reaktywowane są pielgrzymki i rok w rok przybywają tu pątnicy ze Lwowa, Stanisławowa i Tarnopola, jak w dawnych czasach. Kto wie, może nawet niektórzy żołnierze spod Dytiatyna byli tam jako dzieci, zaprowadzeni przez rodziców na odpust u Matki Bożej Bołszowieckiej, nie mogąc jeszcze wiedzieć o tym, że tak niedaleko przyjdzie im stoczyć najważniejszy w ich życiu bój?

Kościół Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny leży trochę z boku; główna droga przecinająca Bołszowce przebiega dwieście metrów dalej, obok rynku, za urzędem pocztowym. Za centrum Bołszowiec droga skręca w prawo, mija szkołę z nowo wybudowaną salą gimnastyczną i tuż za rzeczką Narajówką przed przydrożną kapliczką skręca w lewo. Tam, gdzie kończą się zabudowania, staje się jeszcze gorsza. Z morza żwiru i piasku wystają pojedyncze kawałki asfaltu i od tej pory można już tylko starać się nie wpadać przynajmniej do tych największych dziur.

Droga do Dytiatyna wiedzie obok pól pszenicy i dzikich łąk, prowadzi pomiędzy rzędami wierzb płaczących i przez środek małych wsi. Pierwszą z nich są Konkolniki, 6 kilometrów od Bołszowiec i 11 od Dytiatyna. Podobnie jak w Bołszowcach, i tutaj znajduje się niezwykły kościół – tyle że on miał mniej szczęścia, bo nie został w ogóle odbudowany. Pierwsza katolicka świątynia w Konkolnikach mogła powstać już w XV wieku, a posiadłości w tych okolicach miał nawet bł. abp Jakub Strzemię. W istniejącym wciąż jeszcze, barokowym kościele z XVIII wieku, odprawiali Msze św. kolejni arcybiskupi lwowscy, którzy mieli w Konkolnikach swoją letnią rezydencję. Niestety, dziś ten zabytek porastają już nawet nie chaszcze, ale drzewa. Latem 2018 roku pielgrzymi z Bołszowiec poszli gromadnie do Konkolnik, żeby wyciąć zarośla i posprzątać kościół. Zajaśniała nadzieja za poprawę losu tej świątyni, lecz niestety – nie znaleźli się chętni do remontu, a budowla zarasta na powrót.

Zaraz za Konkolnikami zaczyna się kolejna wieś, Zagórze Konkolnickie. Kiedyś była uznawana za przysiółek Konkolnik, ale z czasem rozrosła się na tyle, aby się usamodzielnić. To w Zagórzu Konkolnickim w nocy przed bitwą kwaterowali żołnierze Wojska Polskiego i stamtąd rankiem 16 września 1920 roku wymaszerowali w stronę Dytiatyna. Dziś jest tam nowa cerkiew, szkoła podstawowa, a przy niej mały, kamienny, zrujnowany kościół. Jadąc do Dytiatyna łatwo go przeoczyć, bo jest tuż za zakrętem po lewej stronie. Co prawda na początku lat 90. wykonano przy nim podstawowe prace remontowe i zabezpieczono dach, ale wszystko to na nic, jeśli w okolicy nie ma wiernych obrządku łacińskiego, którzy mogliby tym kościołem się zajmować. Po kilkunastu latach dach zapadł się do środka, zasypując blachą i spróchniałym drewnem nawę główną, w której od dziesięcioleci nie było modlących się ludzi. Tym co jeszcze przykuwa uwagę przyjezdnych, jest całkiem przyjemny dla oka socrealistyczny mural na murowanym przystanku autobusowym, przedstawiający parę ukraińskich chłopów w strojach ludowych, witających gości chlebem i solą.

Za Zagórzem Konkolnickim droga nadal nie rozpieszcza, a wiedzie przez zupełnie odludne okolice, gdzie na dystansie kilku kilometrów jedynym obiektem przy drodze jest niewielka stacja transformatorowa. Wiele wysiłków i podskakiwania na dziurach kosztuje dotarcie do trzeciej i ostatniej wioski pomiędzy Bołszowcami, a Dytiatynem: Nabereżnej. W tej miejscowości trzeba skręcić w prawo, w polną utwardzoną drogę. To już niecały kilometr do granic Dytiatyna. Trasa wiedze teraz mocno w górę i w końcu widać z niej duży znak przydrożny przy wjeździe do wsi. Biała tablica skryta pomiędzy dwoma kamiennymi słupami oznajmia napisem po ukraińsku: „Wszystkich przybyłych witamy w Dytiatynie!”. Pokonanie 17 kilometrów z Bołszowiec do tego miejsca zajmuje prawie godzinę. Daje to w sumie co najmniej trzy i pół godziny ciągłej podróży znad granicy. Tutaj dotrą tylko ci, którym naprawdę na tym zależy.

Pierwsza wzmianka o wsi Dytiatyn pochodzi z 10 września 1424 roku. Nazwa ta pojawiła się wówczas w dekrecie króla Władysława Jagiełły wydanym w Krakowie. Wiadomo, że w późnym średniowieczu okoliczne ziemie były w większości gruntami kościelnymi, oddanymi w dzierżawę wieczystą łacińskiej archidiecezji lwowskiej. Jednak poza bitwą z wojny polsko-bolszewickiej trudno się doszukać w dziejach Dytiatyna ważniejszych wydarzeń. Według danych z 2018 roku, miejscowość zamieszkuje obecnie 505 osób, z czego 269 to emeryci. Pozostali zajmują się głównie rolnictwem.

To mała, senna wioska, w której życie toczy się bardzo wolno. Drogi wychodzące z Dytiatyna prowadzą tylko na pola, które uprawiają miejscowi. Nie da się stamtąd dojechać do żadnej innej miejscowości, można tylko wrócić tą samą drogą do Nabereżnej. No, chyba że drogami polnymi. Kolokwialne powiedzenie „znaleźć się na końcu świata” pasuje do tego miejsca jak ulał.

Życie w tej maleńkiej wioseczce toczy się zasadniczo wokół dwóch obiektów: cerkwi oraz budynku rady wiejskiej (czyli sołectwa) z 1971 roku, w którym mieści się także poczta. Sołtys i ksiądz są tutaj bez wątpienia najważniejszymi postaciami. Sołectwo Dytiatyn skupia trzy wsie: poza samym Dytiatynem, także Chochołów i Nabereżną. Od 2010 roku z powodzeniem radą kieruje Jewhen Dowżyński: mąż, ojciec, dziadek i społecznik. Mieszka pośrodku Dytiatyna w niczym nie wyróżniającym się domu. Każdą wolną od pracy zawodowej chwilę poświęca na aktywność społeczną. Swoją dwudziestoletnią ładą samarą objeżdża trzy wsie, by nadzorować inwestycje, którymi stara się choć trochę polepszyć byt swoich krajanów. Nie stroni też od niesienia pomocy na rzecz odbudowy Polskiego Cmentarza Wojskowego i przygotowywania uroczystości rocznicowych bitwy pod Dytiatynem, których jest stałym uczestnikiem. Zabiega o dobre relacje polsko-ukraińskie. Zawsze życzliwy, gościnny, otwarty i uczynny. Bóg i szacunek do drugiego człowieka to jego przewodnie wartości.

Kilkadziesiąt metrów od domu sołtysa znajduje się cerkiew św. Dymitra, której budowę ukończono w 1924 roku. Miejscową parafią administruje ks. Mykoła Cymbalisty. Młody kapłan, ma wiele świeżych pomysłów i zapału do działania, których pozazdrościć mogłoby mu wielu księży posługujących w wielkich miastach. Organizuje grupy biblijne, modlitewne i wyjeżdża w plener ze swoimi parafianami, aby ewangelizować na łonie natury. Jako duchowny grekokatolicki nie jest objęty obowiązkowym celibatem, więc ma piękną żonę, Krystynę.

I to wszystko, jeśli idzie o życie wsi. Główna droga w Dytiatynie, która biegnie od znaku powitalnego, przed radą wiejską, domem sołtysa i cerkwią, opada po jej minięciu mocno w dół, przecina strumyk i wznosi się znów w górę. Jazda bardzo wąską uliczką pomiędzy wysokimi parkanami działek zbliża się do końca, gdy trzeba skręcić w lewo, w jeszcze węższą ścieżynkę. Ta wiedzie najpierw obok sadu jabłkowego, a później przez szczere pole, wciąż pod górę. Gdy czarny żwir sypie się spod kół samochodu, można już dostrzec na zboczu wzgórza zarys Polskiego Cmentarza Wojennego w Dytiatynie.

Marcin Więckowski

 

Pamięć i akty pojednania w Dytiatynie

Długi sznur samochodów oraz kilka autokarów na polskich i ukraińskich rejestracjach wyrusza spod sanktuarium maryjnego w Bołszowcach w kierunku odległego o kilkanaście kilometrów Dytiatyna. Dalej, polną drogą, idziemy na wzgórze „385”, by uczestniczyć w obchodach kolejnej rocznicy jednej z najbardziej bohaterskich – ale i najmniej znanych – bitew wojny polsko-bolszewickiej. We wsi do przybyłych Polaków i Ukraińców tradycyjnie dołącza liczna grupa ludności miejscowej.

Przede mną kobieta rozmawia z synkiem:

– Mamo, a dlaczego ten cmentarz jest w polu? – pyta chłopiec.

– Bo tam kiedyś pochowali polskich żołnierzy – wyjaśnia matka.

– A co oni tutaj robili?

– Walczyli z Moskalami.

– To jak teraz nasi żołnierzy walczą z nimi na Donbasie?

– Tak.

Jakby usprawiedliwiając się, kobieta próbuje nam wyjaśnić, że w ukraińskich podręcznikach historii nic o tym jeszcze nie piszą. W sowieckich też nie było, ale oni wiedzą od swoich rodziców i dziadków. Każdego roku spotykam coraz mniej leciwych kobiet, które podpierając się na patyku, na długo przed uroczystością przychodzą na mogiły polskich żołnierzy. To ich pokolenie zachowało w pamięci i przekazało wiadomości o krwawej bitwie z 16 września 1920 r. Po II wojnie światowej władze komunistyczne zdewastowały kaplicę na polskim cmentarzu wojennym, jednak Ukraińcy z Dytiatyna nie pozwolili zaorać miejsca pochówku polskich żołnierzy.

„Pamiętam, jak przed wojną, co roku odbywały się tam nabożeństwa, na które przychodzili też księża grekokatoliccy i nasi wierni – wspomina 90-letnia pani Anna. – W 1945 r. wszyscy Polacy z Dytiatyna oraz okolicznych wiosek musieli wyjechać. Potem to już sami postawiliśmy tam żelazny krzyż”.

W 1986 r. krzyż został ścięty przez lokalnych działaczy komsomołu i wrzucony za parkan cerkwi w Dytiatynie. Tam, na placu przed świątynią, znajduje się do dnia dzisiejszego. Po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę w miejscu bitwy wzniesiono nowy krzyż, który razem z krzakiem pnącej dzikiej róży przez długie lata był symbolem tego miejsca, do którego coraz częściej zaczęli przyjeżdżać Polacy. Wznowiono tam doroczne wrześniowe uroczystości z udziałem delegacji z Polski, organizacji polskich na Ukrainie, ukraińskich władz lokalnych, duchowieństwa katolickiego dwóch obrządków oraz duchownych prawosławnych.

Dytiatyńscy grekokatolicy przychodzą procesyjnie z proboszczem na czele. W relacji na stronie internetowej archieparchii (archidiecezji) iwano-frankiwskiej Ukraińskiego Kościoła greckokatolickiego z 20 września 2018 r. czytamy: „Wszyscy obecni przybyli tutaj, aby uczcić pamięć poległych żołnierzy polskich i ukraińskich, zastrzelonych przez okupantów bolszewickich 16 września 1920 r. To wydarzenie jest wyraźnym dowodem wielkiego pragnienia narodu ukraińskiego i polskiego do własnej niepodległości. Sam fakt wspólnej bitwy wojsk polskich i ukraińskich przeciwko bolszewickim okupantom jest doskonałym świadectwem międzynarodowego braterstwa na rzecz ochrony wartości uniwersalnych. Dzisiaj na Ukrainie mamy do czynienia z tragiczną sytuacją wojenną na wschodzie naszej Ojczyzny, gdzie wielu młodych chłopców i dziewcząt znów oddaje swoje życie na ołtarzu wolności i niezależności, dosłownie wypełniając słowa naszego Pana: Nie ma większej miłości niż oddanie życia za przyjaciół (J 15,13). Tragiczne wydarzenie, które tu wspominamy, uczy prawdziwej miłości do naszej Ojczyzny, żywo demonstruje prawdziwy patriotyzm, który Katechizm Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego nazywa cnotą. Prawdziwa miłość do własnej Ojczyzny wcale się nie sprzeciwia, ale wręcz przeciwnie, promuje miłość do innych narodów, pielęgnuje wzajemny szacunek i miłość. Niech przodkowie, którzy zginęli na tej ziemi dla wolności swoich narodów, staną się dla nas nieśmiertelnym przykładem miłości ofiarnej”.

Podczas rocznicowych obchodów w 2014 r. ówczesny przewodniczący administracji rejonowej w Haliczu, Wołodymyr Czujko, w swoim przemówieniu powiedział, że kiedy Pan Bóg rozdawał ziemię, Ukraińcom przypadły piękne czarnoziemy, uroda i różnorodne talenty. Ale Bóg też powiedział, że jeszcze nie wiedzą jakich sąsiadów dla nich wyznaczył. „Więc jakby nie było, ale wtedy, w 1920 r., jak i teraz, prawie sto lat później, odczuwamy właśnie od polskiego sąsiada wsparcie w walce z zagrożeniem niesionym przez sąsiada drugiego” – podkreślił.

19 września 2015 r., na miejscu dawnego pola bitwy pod Dytiatynem, odbyła się podniosła uroczystość. W obecności kilkuset przybyłych gości otwarty został odbudowany polski cmentarz wojenny. Poświęcili go duchowni Kościoła katolickiego obrządku łacińskiego i Kościołów wschodnich. W imieniu arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego, metropolity lwowskiego, Mszy Świętej w intencji poległych oraz w intencji pokoju na wschodniej Ukrainie przewodniczył biskup senior Marian Buczek.

Hierarcha w swojej homilii wspomniał, że w 1920 r. bolszewickie armie szły na Warszawę, by zniszczyć Polskę, a następnie upokorzyć Europę. Powstrzymali ich polscy żołnierze Piłsudskiego i ukraińscy żołnierze Petlury. „Znajdujemy się w tym odnowionym panteonie, który przypomina nam tę walkę dwóch narodów Polski i Ukrainy przeciw bolszewickiej, bezbożnej nawałnicy” – wskazał biskup Buczek. Dodał, że bolszewicy „chcieli zbudować świat bez Pana Boga” i nic z tego nie wyszło, bo jeżeli się nie buduje na prawdzie Ewangelii, na tym, co dał sam Stwórca, to stworzenie „samo się zniszczy”.

„Myśmy tutaj byli od harówki – śmiejąc się, opisuje udział franciszkanów w odbudowie panteonu o. Grzegorz Cymbała, franciszkanin (OFMConv). –Wykonywaliśmy te wszystkie plany, które zapadły w Warszawie. Po prostu przyszło nam realizować ten pomysł. Był nam bliski, bo już od kilku lat zawsze jeździmy odprawiać Msze Święte przy tej mogile. Była zaniedbana, aż wołała, żeby w końcu to zrobić. Poproszono nas, byśmy się tym zajęli. To miejsce ma szczególne znaczenie także dla naszej idei franciszkańskiej – pokój i dobro. Wiemy, że nie zawsze Polska z Ukrainą we wszystkich sprawach się rozumie. Ale tutaj akurat mamy taki piękny przykład, że Polacy i Ukraińcy stali po jednej stronie przeciw najeźdźcy w 1920 r. Uważam, że powinniśmy odkrywać te karty, które nas przybliżają. Piszemy w ten sposób nową kartę w historii współpracy. Od kilkunastu lat tworzymy w Bołszowcach Centrum Pokoju i Pojednania. Organizujemy pielgrzymki „Pokoju i Pojednania”. Szukamy tych pozytywnych elementów, bo o negatywach to każdy może mówić. Natomiast często tego, co jest wspólne dla Polski i Ukrainy, nie akcentuje się. Dzisiaj po raz pierwszy księża grekokatoliccy i rzymskokatoliccy razem, w sposób uroczysty uczestniczyli w obchodach na cmentarzu żołnierzy polskich. Przyszli pomodlić się za nich. Uważam, że jest bardzo pozytywny sygnał, szczególnie w tym rejonie. Oni naprawdę chcieli tutaj przyjść. Oni też zmieniają swoją mentalność w stosunku do Polski. Ja to widzę. To są lata pracy, ale wojna, w całym swoim tragizmie, uczy rzeczy najmądrzejszych. Wojna jest zła, ale właśnie kiedy jest ciężko, ludzie skupiają się na najważniejszych rzeczach: przestają się kłócić, dążą do wzajemnej życzliwości. Tak mi się wydaje, że teraz bardziej rozumieją tych, którzy wojowali kiedyś w tym miejscu przeciw bolszewikom. Rozumieją to, że kiedyś tak już było. A teraz Ukraińcy przeżywają to na własnej ziemi. Zbliżenie wydaje mi się być coraz większe – podkreślił o. Grzegorz.– Modlimy się również za żołnierzy Ukraińskiej Armii Narodowej zabitych razem z polskimi żołnierzami przez najeźdźców z Rosji – nie raz słyszałem ich historię od Ukraińców podczas obchodów w Dytiatynie. Według przekazów ludności miejscowej, zostali zabrani z pola bitwy i pochowani na ukraińskich cmentarzach. Niestety, miejsca tych pochówków nie są nam znane”.

„Oddalone od świata – choć już nie zapomniane – pole bitwy pod Dytiatynem, to miejsce ważne nie tylko dla historii i martyrologii – podkreśla Mirosław Rowicki, redaktor naczelny „Kuriera Galicyjskiego” ze Lwowa.To miejsce przemawia do wyobraźni współczesnych, a w każdym razie dobrze, by tak było. Jest świadectwem i przykładem polsko-ukraińskiego braterstwa broni, dzięki któremu oddziały Wojska Polskiego i wojska Ukraińskiej Republiki Ludowej, walczące z Armią Czerwoną, powstrzymały jej pochód w głąb Europy. Dziś na Ukrainie od sześciu lat trwa wojna. Nawet agresor jest ten sam. Tu, jak sądzę, powinno się napisać jakieś wnioski, może życzenia? Mówi się, że historia uczy, iż nigdy nikogo niczego nie nauczyła. Ale może to jednak nieprawda?”.

Konstanty Czawaga, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Związku Dziennikarzy Ukraińskich

Lwów 2020

“Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 roku o grach hazardowych”